niedziela, 19 września 2010

7.

Pub u Borga był niedużą włoską knajpą, mieszącą się w budynku Relaxu. By do niej wejść należało pokonać kilka stopni. Pub cieszył się świetną renomą zarówno wśród mieszkańców, jak i w mafijnym światku. Było to miejsce neutralne, gdzie zawierało się umowy, odbierało różne przesyłki i można było dobrze zjeść.

Luca zaparkował pod pocztą i odkręcił tłumik. Wysiadł z samochodu i skierował swe kroki do Borga. Wszedł jakby nigdy nic, rozpinając guzik marynarki i dokładnie obserwując wnętrze. Tuż przy barze siedział Peter Wantroff. Ubrany w biały garnitur, czarną koszulę i również białą fedorę z czarną taśmą.

-O co chodzi? - spytał naturalnie Luca – Jaką macie dla mnie przesyłkę?

Mężczyzna wybuchnął śmiechem.

-Luca rozbawiasz mnie – powiedział, patrząc na twarz assasyna – Moje prawdziwe imię to Colonel -wstał, a jego twarz zmieniła się całkowicie.

Oczy z brązowych stały się niebieskie, włosy sięgnęły ramion, a gładkie policzki porosły trzydniowym zarostem. Owal twarzy w mgnieniu oka, wyostrzył się.

-Co jest kurwa? - spytał Luca i wyciągnął broń

-Morte sukinsynu

Colonel machnął dłonią i w kierunku Lucci pomknęła czerwona kula. Chłopiec uskoczył, przewrócił kilka stolików i schował się za nimi. Pocisk rozlał się płomieniem na ścianie. Luca wystawił dłoń ponad stolik i, patrząc przez szparę między blatami, zaczął strzelać. Już po chwili tuż przed jego twarzą, przeleciał biały promień, który bez trudu przebił się przez przewrócone stoły.

-Co jest Luca?! - krzyknął Colonel – Ponoć jesteś assasynem! - mężczyzna śmiał się.

Luca zmienił magazynek i znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia.

-Nic mi nie zrobisz tą pukaweczką – powiedział Colonel, wyciągając przed siebie prawą dłoń.

W jednej chwili wyrosła przed nim niebieska ściana. Luca jednym ruchem zmienił tryb ognia.

-Spróbuj tego suko – powiedział i pociągnął za spust.

Colonel patrzył drwiąco jak w jego kierunku pędzi piętnaście kul kalibru 45. Uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy przebiły się przez tarczę i utknęły w jego ciele. Odgłos rozbryzgującej się krwi łączył się z rytmicznie upadającymi łuskami. Wantroff osunął się na ziemię, lądując w kałuży własnej krwi. Luca podbiegł do niego i chwycił go za klapy marynarki.

-Kim jesteś?! - krzyczał unosząc go nad ziemię

-Pierdol się – odpowiedział Colonel, plując krwią.

Przyłożył dłoń do klatki i jego ciało zapłonęło. Luca odskoczył w ostatniej chwili. Po kilku sekundach jedyne co pozostało po Peterze-Colonelu to kupka popiołu i pierścień. Chłopak wsadził go do kieszeni i opuścił pub. Z piskiem opon ruszył do domu.

Drzwi były uchylone, więc Luca ostrożnie do środka. Ściany pokryte były licznymi dziurami i przecięciami. Tynk poodpadał ze ścian, a goły mur popękał. Schody tliły się jeszcze napełniając powietrze płonącymi drobinkami. W przedpokoju leżała matka. Jej wnętrzności były rozmazane na szczątkach dywanu. Oczy Lucci napełniły się łzami. Otarł je rękawem i zajrzał do gabinetu ojca, jednak nie znalazł tam niczego i nikogo. Gdy wszedł do jadalni, po policzku spłynęła mu łza. Na przewróconych krzesłach, tkwiły, przywiązane do nich, jego trzy siostry. Ktoś spętał je tak mocno, że do dłoni i stóp, nie dopływała krew. Ciała leżały obok siebie, a w każdym znajdowało się kilka dziur. Wypływająca z nich krew, zaczynała krzepnąć. Na progu kuchni leżał ojciec. W jednej dłoni trzymał rewolwer, a w drugiej wieczne pióro. Luca uklęknął przy nim. Twarz Luigiego przeszywała, głęboka, podłużna rana, odkrywająca część szczęki.

-Synu... - Luigi charknął krwią.

Ojcze, ojcze, co tu się stało – Luca delikatnie podniósł go.

-Wantroffowie to podpucha – Luigi pluł krwią – Musisz uważać,umrzyj.

Luca płakał, a jego łzy mieszały się z krwią spływającą po policzku ojca.

-Luca zabij skurwysynów, rozpocznij vendettę. Weź to – ojciec podał mu zaplamioną kopertę – Umrzyj, Omerty już nie ma,umrzyj,umrzyj.... - Luigi charknął kilka razy i zmarł.

6.

Luca pobiegł na pas startowy i wsiadł do czekającej awionetki. Po raz pierwszy od trzech lat poczół gniew. jak mógł się oszukiwać i łudzić, że to go ominie. Po pradziadku odziedziczył fantomoa, sam posiadał shahkro, a próbował wmówić sobie, że ten dzień, w którym otzryma czerwony list z nikąd, nie nastapi. Wyciągnął kopertę z kieszeni, otworzył ją i przeczytał treść. trudno, nic nie poradzi, taki jego paskudny los.
Wylądowali po około godzinie. Luca wyszedł z samolotu i odetchnął. Poszedł do swojego czarnego mercedesa SL500 i ruszył do domu. Czerwony list spoczywał spokojnie na siedzeniu pasażera, nie pozwalając zapomnieć o tym co się stało. To nie był jego dzień. Gdy tylko przekroczył próg, usłyszał głos ojca.
- Dobrze ci poszło.
Luca nie odpowiedział, rozebrał się i poszedł do kuchni. W momencie,gdy ojciec odwrócił na niego wzrok, wyciągnął list. Twarz Luigiego poszarzała.
- Dostałem go dzisiaj - poweidział Luca
- Czyli jednak Cię biorą? - w głosie ojca czuć było smutek
- Tak, jadę do Nest.
Ojciec poruszył się, wyciągnął cygaro z kieszeni koszuli i obciął je niezręcznie. Musiał być zdenerwowany.
- Jaki masz przydział i termin? - zapytal ojciec
- Polska, Słowacja, Czechy i Rosja. Mam trzy dni..
Ojciec zaciągnął się o padł ciężko na taboret. Luca nie pamiętał, kiedy ostatnio ojciec tak się zachowywał. Było to co najmniej dziwne.
- Padre, czy jest coś co powinienem wiedzieć?
- Nie - ojciec zawachał się - Znaczy....w sumie... - Lugig miotał się - Odwiedze jutro wójka Fredka i powiem ci wszystko wieczorem - wyciągnąłz kieszeni spodni list - To do Ciebie, chodzi o zapłatę.
- Grazie padre - odrzekł Luca i wysedł zmieszany.
Gdy tylko znalazł się w pokoju, opadł na łóżko. nic dzisiejszego dnia, nie ukladało się tak jak to sobie zaplanował. Najpierw zlecenie na giełdaka, potem list, teraz jeszcze to zachowanie ojca. Coś tu nie grało. W dodatku dostał dzisiaj list z miejscem zapłaty, zawsze wszystko było razem w jednej paczce. Luca otworzył kopertę i przeczytał treść napisaną w starym sycylijskim dialekcie. treść była krótka:
Jutro, 20 VI, przyjedź do warsztatu Rokefelera o godzinie trzynastej.
Luca dobrze znał Rokefelera i zastanawial się, dlaczego współpracuje z Wantroffami, zawsze był neutralny. Poza tym podanie godziny było dziwne - zawsze był tylko numer skrytki i szyfr albo miejsce, ale nigdy godzina.
- Pieprzona rutyna - powiedział sam do siebie - Raz sięcoś zmieni, a ja zaczynam wymyślać jakieś głupoty. Wszystko przez ten pieprzony, czerwony list.
Wstał na kolację, na której nie było ojca. Luca spochmurniał, coś wisiało w powietrzu.
- Co się dzieje? - spytała matka
Wszyscy przerwali posiłek i popatrzyli na Lucę.
- Czerwona koperta - wypluł z siebie i wstał
- Kiedy? - matka była rzeczowa
- Trzy dni - odpowiedział, zatrzymując się w drzwiach
- To świetnie - zaczęła Laura - Nauczysz się czegoścałkiem nowego i będzie ci łatwiej! - siostra była wyraźnie podekscytowana
- Laura - głos Luci momentalnie ostudził siostrę - Nie dziś. - powiedział i poszedł do pokoju.
Luca miał dość tego dnia. Poszedł do biurka i wyciągnąl z szuflady piersiówkę i kieliszek teleskopowy. Nalał do pełna.
- Za nową drogę życia - powiedział i opróżnił kieliszek.
Wstał później niż zwykle. Poszedł do toalety, a następnie pod prysznic. Postanowił, że odwiedzi dzisiaj Rocha i przekaże mu wiadomość o wyjeździe. Ubrał się w ten sam garnitur co wczoraj, pod marynarkę włożył szelki operacyjne z berettą. Schodzac na śniadanie, zatrzymał sieprzy telefonie i wykonał dwa połączenia. Zjadł śniadanie i wrócił do pokoju. usiadł na łóżku i przetarł twarz. Włączył Mozarta i położył się - miał jeszcze dwie godziny do wyjścia.
Wpół do trzynastej wsiadł do mercedesa i pojechał do warsztatu. Pojechał obwodnicą, więc nie miał problemu z korkami i do celu dojechał trochę przed czasem. Z za szyby popatrzył na budynek. Była to wysoka na około siedem metrów, blaszana hala, która musiała być pozostałością po jakimśpegieerze. Blachę pomalowano na niebiesko, ale farba poodpryskiwała miejscami, ukazując rdzawe zacieki. Tuż obok hali znajdował się niewielki budynek. Wyglądał na nowy, choć utrzymywał bryłowaty kształt ery późny Gierek. Ściany odmalowano na żółto, a nad drzwiami, zawieszono czerwony neon: PUNKT PRZYJĘĆ. przed zabudowaniami, świecił pustką parking. Dość dziwne, biorąc opd uwagę, że był to dobrze prosperujący, legalny warsztat. Luca wysiadł spokojnie z samochodu. Wiał dość silny wiatr, który porywał ze sobą kurz i drobne kamyczki. Chłopiec wcisnął kapelusz głębiej na oczy i ruszył do warsztatu. Wnętrze hali nie rozczarowało go. na środku stały trzy, niemieckie, hydrauliczne podnośniki, które błyszczały nowością. W lewym rogu stało urządzenie do wywarzania kół, a czerwone, amerykańskie skrzynki na narzędzia, porostawiane były po całym warsztacie. Od wewnątrz ściany były ocieplone styropianem, do którego dobito dyktę, tę zaś zasłaniały plakaty samochodów i rozkładówki z palyboya. W warsztacie panował syf. W lewym rogu hali, na podwyższeniu, znajdowała się kanciapa pracowników, w której włąśnie sporzywali posiłek.
- Rokefeler! - zawołał Luca
Dzwi pakamery otworzyły się i ze środka wyszedł pulchny facet. Mial gładko przylizane, czarne włosy i okrągłą, pucułowatą twarz. nosił czerwoną, flanelową koszulę, która była niebotycznie umazana różnymi substancjami i zielone spodnie dla budowlańców, które dwno już straciły swój pierwotny kolor.
- Luca, Luca! - wołał, usmiechając się i rozkładając ręce na boki.
Podszedł do jednej z szafek na narzędzia i wyjął z niej skórzaną aktówkę.
- Kope lat - powiedział, podchodząc do Lucci
- Tak Rokefeler - odrzekł Luca z szarmanckim uśmiechem - Dokładnie dwa lata.
- Ty jak zawsze dokładny - odpowiedział, wręczając mu teczkę - Musiałeś wykonać dobrą robotę, skoro Wantroffowie płacą ci w funtach.
Luca dyskretnie popatrzył na zegarek, było sześć po pierwszej.
- Jaka praca taka płaca - odrzekł, pukając w aktówkę - Wybacz, ale muszę już iść.
- Słuchaj Luca, dzwonił twój ojciec, żebyś pojechał do borga, masz tam coś odebrać - powiedział Rokefeler, drapiąc siępo szczęce.
- Stary zawsze coś zapomni - powiedział Luca, uśmiechajac się - Dzwonił przynajmniej z budki?
- Nie, z domu - lekko odparł Rokefeler
Luca przysunął się do niego, położył mu dłoń na karku, poczym ucałował w czoło. odwrócił się na pięcie i udał w kierunku wyjścia.
- Jak? - spytał Rokefeler
- Rozmawiałem z twoim ojcem. trzeba było nauczyć go mówić po polsku, ty neapolitańskie ścierwo.
W drzwiach pojawiła sięciemna sylwetka. Po chwili tuż koło ucha Lucci, przemkneła kula i nim Rokefeler zareagował, trafiła go w głowę. Odgłos pekającej czaszki i upadających zwłok, był dla Lucci jak muzyka. Gdy mijał postać ubraną w czarny prochowiec, zobzczył, że w lewej dłoni trzyma ręczny granatnik. Luca był już za drzwiami, gdy usłyszał wybuchającą kanciapę. Chłopak podrzucił aktówkę i oddał dwa celne strzały w zamek. Pięc banderol wysypało się na ziemię, Luca podniósł je i wsiadł do samochodu. Zmienił magazynek, wetknął trzy zapasowe do kieszeni i ruszył w kierunku pubu.

5.

Luca leżał na łóżku i myślał. To co się dzisiaj wydarzyło, było najgorszym prezentem urodzinowym, o jakim mógł tylko pomyśleć, a koszmar nadal trwał.
Wszystko zaczęło się, gdy rano znalazł krótką notkę od ojca. Dowiedział się z niej, iż Luigi pojechał po Rocha, będą w domu o dwunastej dwadzieścia, a podczas nieobecności ojca zastąpi go wójek Franek. Przez pierwsze kilka godzin Luca szczerze się cieszył. Po pierwsze, wreszcie przyjedzie jego młodszy brat, a po drugie, będzie mógł troche poleniuchować. Radość szybko minęła, gdy o dwunastej dwadzieścia do domu wszedł, umazany krwią, ojciec.
- Sukinsyny z policji zaczęły do nas strzelać - powiedział rozluźniając krawat - To była obstawa kawskich - wydyszał - Roch jest w szpitalu, dostał sześć kul.
Luca zacisnął pieści, aż strzeliło mu w stawach. Szybko uspokoił się, tylko głupiec reaguje emocjonalnie.
- Wypełnię vendettę - powiedział do ojca, sięgając po płaszcz
- Bene - odpowiedział ojciec, chwycił go za ramię i przysunął do siebie - Luca, Roch żyje i na pewno z tego wyjdzie.
- Si padre.
Tak wyglądał ten dzień. Dziś załatwił pierwszego policjanta, jutro będzie kolejny, a kawscy też dostaną za swoje. oczy zaczęły mu sięzamykać, więc ustawił budzik i zasnął.
Gdy tylko usłyszał dzwonek, podniósł się i udał pod prysznic. Musiał się spieszyć, ponieważ, według jego informatora, podporucznik będzie na ostrzu(1), tylko miedzy dziewiątą, a dziewiątą trzydzieści. Gdy Luca skończył się ubierać, zbiegł na dół. W kuchni czekał na niego ojciec, a to nie oznaczało niczego dobrego.
- Luca ma dla ciebie ważne zaadnie - powiedział - Vendettę dokończy kto inny - uprzedził pytanie syna - Musisz natychmiast jechać do Krakowa. Pewien giełdak(2) przekroczył granice i rodzina Wantroffów, nie chce go już dłużej oglądać - luca zdziwił sięna te słowa, zawsze dostawał to w liście - Rodzina ma życzenie co do niego - kontynuował ojciec - Proszą, by zginął od noża.
- Dobrze ojcze - odpowiedział Luca - O której mam pociąg?
- Samolot odlatuje za godzinę.
Luca nic nie odpowiedział, tylko wrócił do pokoju, by się przebrać i przygotować. Założył czarny garnitur w brązowe prążki i przeanalizował mapę Krakowa. Wziął swój balisong(3) i szybko ruszył do kuchni by cośprzegryźć.
podczas lotu spał, by być w jak najlepszej formie - w obcym mieście wszystko jest nieco trudniejsze. Gdy wysiadł z samolotu, odebrał go szofer i zawiózł pod Wawel. Zadanie samo w sobie było trywialne - znaleźć cel, wbic mu nóż w płuco przed kościołem mariackim i zniknać. Trudniejsze będzie tylko przedostanie sie niezauważonym do lotniska, ale nie takie rzeczy już robił. Luca stanął pod Wawelem, wciągnął powietrze i splunął na ziemię. nie lubił tego miasta, było dla niego zbyt napchane głupotą i syfem. Nie wiedział dalczego, ale właśnie to czół ilekroć pojawiał się w grodzie Kraka. poprawił kapelusz i marynarkę, poczym ruszył w odpowiednim kierunku. Szedł bardzo powoli, miał dużo czasu, a w dodatku chciał to zrobić w nonszalancki sposób. Im bardziej zbliżał się do kościoła, tym pilniej obserwował otoczenie. Musiał wypatrzeć swój cel w setkach ludzi. Ludzie ci, byli bardzo dziwni; Polacy, Francuzi, Hiszpanie, Niemcy, każdy starał się ubrać orginalnie, przez co wyglądali jak szmaciane lalki w rękach czteroletniej dziewczynki. Szczęśliwi, uśmiechnięci, nawet nie zdjaący sobie sprawy jak kruche jest ich życie. Głupcy. pędzą za różnymi bzdurami jak pieniądze czy miłość, a zapominają o rodzinie i bezpieczeństwie. luca gardził takimi ludźmi, ojciec wychował go inaczej. Ci wszyscy szczęśliwi głupcy żyjąszybko i umierają młodo, podczas gdy on, Luca, żyje w dostatku i bespieczeństwie, może żyć dwa razy szybciej od nich i przeżyć ich synów, pod warunkiem, że w ogóle będą ich mieć. On nie zapomniał o rodzinie,a ona daje wszystko.
Luca dostrzegł swój cel i przerwał rozmyślania. Delikatnie przyśpieszył. Mężczyzna zacięcie rozmawiał przez telefon, negocjujac warunki umowy, gdy spostrzegł pred sobą faceta ubranego w ciemny garnitur i czarną fedorę z białą taśmą. Luca uczylił mu kapelusza lewą ręką, prawą otwierając nóż w kieszeni marynarki. Błyskawicznie znalazł się przy mężczyźnie. Wyciągnął balisong i z wprawą, wbił go między żebra ofiary. Luca poczół mrowienie w prawej ręce, czół jakby coś przesuneło mu siepod skórą. Wrażene to nie było bolesne, i jedyne z czym kojarzyło się Luce, było ukłucie w lędźwiach tuż przed orgazmem. Chłopiec popatrzył na plecy ofiary i dostrzegł, wystającą z nich szeroką, czarną klingę, stworzoną z jakiejś materii, której nie mógł opisać. Krzyk ludzi, wyrwał go z zamyślenia i już po chwili Luca znalazł się w połowie drogi do bramy floriańskiej. W następnej sekundzie był już po drugiej stronie. Dotarł do ulicy i złapał taksówkę.
- Na lotnisko - powiedział szybko.
Luca doskonale wiedział co sięstało i bynajmniej nie był z tego zadowolony. przez większość życia, przekonywał sam siebie, że to nigdy mu sięnie przytrafi. Taryfa zatrzymała się przed lotniskiem. luca wysiadł zostawiając stówę kierowcy. Już po chwili poczół ciężar w kieszeni.
- Kurwa - syknął

________________
1. byc na ostzru - być bezbronnym, być łatwym celem
2. giełdak - ktoś kto zarabia dużo na giełdzie dzięki nieczystym zagraniom
3. balisong - fachowa nazwa noża-motylka

4.

Zachodzące słońce, połoźyło swe pomarańczowe dłonie na koronach drzew w parku jedności poloni z Macierzą(1). Ławki skryły się w pół cieniach, wrony i gołębie zachłannie wydłubywały ziarenka z ściołki, a okoliczni żule przegladali kosze w poszukiwaniu butelek po piwie. Na murku, okalajacym pomnik Sikorskiego, siedział chłopak, paląć Chico Rave(2). Cień, rzucany przez czarny kaszkiet, zasłaniał mu twarz, pokrytą maską zniecierpliwienia. Luca nie musiał widzieć jego twarzy, by to zauważyć. Mało interesował go jakiś chłopak, więc zsuhnął powoli wzrok i utkwił go przed sobą.
-Skurwysyn - powiedział do siebie.
Po kilku metrach, spopstrzegł przed sobą średniego wzrostu mężczyznę, ubranego w prochowiec i czarną fedorę. Mijając go, uchylił kapelusza i bardzo zręcznie odebrał malutkie zawiniątko.
Mati siedział na sikorce i czekał na chłopaków.
- Dziesięć minut kurwa - rzucił przez zęby
Nagle zobaczył dziwwnego faceta. Nie chodziło tu w cale o jego czarny kapelusz z białą taśmą, prochowiec i czarno-białe buty rodem z lat trzydziestych - to nie to. Coś dziwnego biło od tego kolesia, coś nienaturalnego, coś chłodnego, coś wyrachowanego, coś cholernie silnego. Coś było najlepszym określeniem, bo tylko głupiec mógłby nazwać to energią czy aurą.
- Do tego makaroniarskie rysy - szepnął do siebie.
Rzucił niedopałek i rozgniótł go stopą. W alejce spostrzegł znajome sylwetki, podniósł się i ruszył na spotkanie.
Luca szedł dość szybko. Nie miał zamiaru spóźnić się na jedenastkę, bo wtedy musiałby jechać taryfą - to nie był dobry pomysł. Na szczęście autobus spóźnił się i chłopak spokojnie zajął miejsce. Podróż trwała krótko - wysiadł pod komendą wojewódzką i ruszył w jej kierunku. Tuż przed wejściem mocniej zacisnął wargi.
Bramka wykrywacza metali zadźwięczała. Posterunkowy spojrzał na monitoring i podszedł do niej. Popatrzył fachową i pomachał pałką w jej wnetrzu. Zadźwięczała.
- Głupie gówno - stwierdził rzeczowo i wrócił na miejsce.
Luca dotarł do gabinetu oficera Prostowskiego i wszedł do środka. Pokój był skromnie urządzony; duże biurko ze sklejki, które pokryto ciemną okleiną, czarne krzesło obrotowe po jego jednej stronie i dwa rozkładane, metalowe po drugiej. Na blacie stało zdjęcie małżonki i popielniczka. Obok biurka znajdowała się metalowa szafka na akta. Ostatnim elementem wystroju był paskudny obraz wiszacy na ścianie. Luca sięgnął po krzesło, postawił je za drzwiami i usiadł, oczekuąc na oficera.
Mati szedł za Łucznikiem. Cały czas zachowaywał dystans, pozwalający mu zachowanie anonimowości i dający szansę nartychmiastowej reakcji. Gdy tylko Byku zagadnął Łucznika, Mati skoczył jak tygrys, rozkładająć pałkę teleskopową. Wykonał potężny zamach i, biegnac jeszcze, walną cynkiera w uda. Chłopak padł na ziemię jakby nagle stracił władzę w nogach.
Drzwi gabinetu uchyliły się lekko. Do pomieszczenia najpierw wsunął się tłumik, później cała sylwetka, dobrzez zbudowanego policjanta. Luca błyskawicznie wyprowadził prawy prosty, trafiając przeciwnika w ucho. Siła i precyzja, powaliły oficera, wytrącając mu broń z dłoni. Luca zamknał drzwi i podszedł do policjanta. mężczyzna próbował dobyć paralizatora, ale Luca był szybszy i już po chwili jego kolano maiżdżyło twarz Prostowskiego. Asassyn wydobył z kieszeni niedużą fiolkę i zbił szklaną osłonkę. Stanął nad policjantem i wbił mu niewielką iglę w mięsień kapturowy.
- Vendetta skurwysynu - powiedział i zniknął.
Chłopcy flekowali(3) Łucznika, póki nie usłyszeli syren policyjnych. Zostawili zakrwawionego chłopaka na chodniku i pobiegli w kierunku drugiego liceum. Dzisiejszej nocy księżyc połyskwał na czerwono.
Luca wrócił do domu przed północą, jednak nie zdziwiło go, palące się ww kuchni światło.
- Mam nadzieję, że nie zrobiłeś niczego głupiego - powiedział ojciec, wychodząc z kuchni - Ten pezzonovante(4) nie zasłużył na śmierć.
- No padre - odpowiedział Luca, wchodząc po schodach - Wstrzyknąłem mu jad Wałęsaka Brazylijskiego.
- Che(5)?
- Do końca życia będzie impotentem, a każda erekcja sprawi mu ogromny ból.
- Bene - odpowiedział ojciec, uśmiechając się parszywie.






______________________
1. Park okalający pomnik Sikorskiego
2. Chicos Rave 10's - ręcznie zwijane, meksykańskie cygaretki
3. flekowac - kopać
4. pezzonovante - "ważniak"
5. che - co

3.

Mati wyszedł ze szkoły, zakładając czarny kaszkiet. Poszedł za szkołę, by pogadać z kumplami - sprawa była pilna. Dotarł na miejsce, ale nie zastał nikogo. Popatrzył na zegarek.
- Jeszcze trzy pieprzone minuty - powiedział sam do siebie
Siegnął do kieszeni spodni po papierośnicę i wyciągnął z niej cygaretkę. oparł się o ścianę, odpalił i zaciągnął się. Nienawidził tej szkoły, a ona nienawidziła jego. Pieprzone gimnazjum!
Przyszedł do niego majac czternaście lat - powtarzał szóstą klasę. Nie dlatego, że był głupi, tylko dlatego, że miał łeb do lewych interesów. To on załatwiał zwolnienia lekarskie, fajki i alkohol. Zbierał od tego spory procent, ale nikt nie miał do niego żalu. Sielanka trwała, aż do komersu. Załatwił księżycówkę(1) i przeszmuglował ją przez kontrolę. Wszystko szło jak po maśle, ażdo momentu, gdy ktoś go nie podkablował. Chłopak bronił się jak mógł i w końcu stanęło na kiblowaniu klasy, pracach na rzecz szkoły i zakazie udziału w imprezach szkolnych. Gdy matiemu wreszcie udało się wyrwać z podstawówki był pewien, że w gimnazjum będzie lepiej. Boleśnie sięprzeliczył. już pierwszego dnia miał rozmowę z dyrektorką, która poinformowała go, iż zna jego przeszłość i jeżeli spróbuje jakichś numerów, dostanie wilczy bilet. Przez cały rok musiał chodzić do tej wywłoki - szkolnej pedadog, by wysłuchiwać umoralniających gadek. On i tak wiedział swoje, a reket(2) stale rósł - gimnazjum łaknęło kogoś takiego jak on.
Rozmyslania przerwało mu nadejście jego dwóch najlepszych kumpli; Długiego i Byka.
Długi był wysokim blondynem, o chudej, pociągłej twarzy. Ubrany był w luźne, szerokie spodnie i obszerną, zielona bluzę.
Byku był niski, łysy i potężnie zbudowany. Jego małe, świńskie oczka, osadzone na okrągłej twarzy, świdrowały nieustannie otoczenie. Czarny dres, który nosił delikatnie szeleścił na wietrze.
- I co ci powiedziała stara? - zapytał Matiego Długi
- Suka kibluje mnie na roczek.
- Ale za co, Szybki?! - zapytał Byku
- Łucznik przyciął mnie, jak sprzedawałem jakiemus łebkowi poza szkołą - mówiąc to, wypuścił dym nosem - No i ten bogaty kutas posypał na mnie starej.
- Skurwysyn - powiedział Długi przez zęby - nie dało się poluzować(3)?
- Stara chciała mi dać bilet i wywalić ze szkoły, ale pojechałem jej z bajeczka,że to był zakład, i że robię za kozła. nie chciała mi wierzyć, więc jej mówie, że ten towar to był lewy McCoy(4) i rzuciłem jej na biurko dwa gramy bazylii. Suka powiedziała, że bierze pod uwagę okoliczności łagodzące i nie wywali mnie ze szkoły, za to usadzi na roczek - poweidziawszy to, zaciągnął się potężnie
- My z Bykiem i tak siedzimy jeszcze rok, więc nie ma sprawy - powiedział Długi - W razie czego to przykiblujem rok, dwa, czy ile trzeba będzie - dodał
- Dzieki chłopaki - odpowiedział Mati poklepując ich po ramionach.
W szkole zadźwięczał dzwonek i już po chwili za szkołą, zaczęli pojawiać się miłośnicy niebieskiego dymka.
- Szybki, co robimy z tym cynkierem? - zapytał Byku
- Jak to co? - zapytał Mati, rzucają przed siebie niedopałek - Poprawimy fleki na cyferblacie(5) - uśmiechnał się szeroko - Punkt ósma na sikorce - zakomenderował i odszedł.






_____________________
1. księżycówka - wódka albo bimber
2. reket - pieniądzę z działalnosci przestępczej
3. poluzować - zwolnić się, wykręcic
4. lewy McCoy - coś nieprawdziwego, przeciwieństwo McCoya
5. poprawić fleki na cyferblacie - pobić kogoś, a dokładniej skopać po twarzy (flek - cześć obcasa i cyferblat - twarz)

2.

W domu był pod wieczór. Ściągnął przemoczony płaszcz i kapelusz i zawiesił je na wieszaku dla gosci. Rozwiązał buty, a rewolwer włożył do kieszeni spodni. Luca patrzył rozradowanym wzrokiem na czarną teczkę stojącą na wycieraczce. podwinął rękawy koszuli, wziął walizkę i ruszył do jadalni, gdzie siedział ojcec. Położył walizke i rewolwer na stole.
- Tenga padre - powiedział i skierował swe kroki do pokoju.
Włączył Vivaldiego i położył się na łóżku, by choć na chwilę, odpoczać. Gdy tylko usłyszał kroki na schodach, poderwał się. Już po chwili do pokoju wszedł ojciec. W ręku trzymał małą, drewniana walizeczkę, a w kieszeń miał wetkniętą kopertę.
- Synu. Od roku pracujesz w organizacji jako cyngile - tu zrobił delikatną przerwę - Dziś poraz kolejny udowodniłeś, że w twoich
żyłach płynie sycylijska krew - ojciec położył na łóżku walizkę i kopertę - Od dziś zostajesz mianowany na assassino naszej rodziny - przytulił syna z czułością i ucałował go w oba policzki.
Nim Luca zdążył coś powiedzieć, Luigi rozpłynał się w powietrzu. Chłopak siedział z otwartymi ustami. Dzisiaj spełniło się jego najwieksze marzenie, dostał sie na szczyt organizacji. Po latach pracy i wyrzeczeń, udało mu się zająć stanowisko assasyna rodziny. Położył sobie walizeczkę na kolanach i otworzył ją delikatnie. Wnetrze przerosło jego oczekiwania. Na czerwonym atłasie leżał nowiutki rewolwer i beretta z dołączonym tłumikiem.Obok broni leżały dwie pary szelek operacyjnych i nieduży czarny notes, z którego wystawała czerwona karteczka.
Luca rozłożył wszystko na łóżku i wziął do ręki kopertę.Podszedł do biurka i otworzył szufladę. Wyciągnął niedużą kasetkę pancerną i otworzył ją. Wyciągnął z koperty dwie banderole(1) i włożył do środka. Schopwał kasetkę, zamknął szuflade i wrócił do łóżka. Ogarnął wzrokiem swe skarby i podrapał się po brodzie. Chwycił szelki i zawiesił je w szafie. Broń wsadził do szuflady w szafce nocnej, nie znajdując lepszego miejsca. na końcu wziął do ręki notes, usiadł na łózku i wyciągnął czerwoną karteczkę. Bez trudu rozpoznał pismo ojca. krtka zapisana była po włosku, a treść brzmiała następujaco:
Zadzwoń i zamów sobie amunicję,teraz to Twój problem synu. od dzisiaj wszystko załatwiasz sobie sam. Powodzenia.
Luca błyskawicznie zbiegł na dół,chwycił słuchawkę telefonu bezprzewodowego i wrócił do pokoju. Usiadł na krześle, wykręcił numer i czekał. Gdy usłyszał chrapliwy głos w słuchawce, powiedział
- Mówi Luca Spuma, assasyn.


***

- Co to kurwa znaczy nie możemy znaleźć sprawcy?! - komendant był purpurowy na twarzy
- Nie możemy ustalić tożsamości zabójcy - odpowiedział techniczny
- W ogóle ta sprawa jest jakaś dziwna - dodał podporucznik - Ten facet nie jest z tego świata - dodał kiwając głową
- Co wy mi tu obaj pierdolicie?! - wrzeszczał komendant - Jeden z naszych radnych ginie przed IPNem, i to w środku dnia, a wy mówicie, że nie da się znależć sprawcy?! Puśćcie mi materiał z kamer!
Techniczny szybko odpalił sprzet i nerwowo kliknął kika razy. Po chwili monitor rozbłysnął niewyraźnym obrazem.Techniczny kliknał pare razy i obraz wyostrzył się. Radny wychodzi z budynku, mija bramkę, skręca w kierunku Agory i wtedy pojawia się facet w kapeluszu. Strzela do radnego sześć razy, poczym znika.
- Co jest kurwa? - komendant kilkukrotnie zamknął i otworzył oczy - Gdzie ten sukinsyn?
- Według naocznych świadków, odjechał czarnym samochodem w kierunku mostu zamkowego - zreferował podporucznik
- Puść to jeszcze raz - komendant przysunął się bliżej
techniczny wcisnął klawisz i na ekranie znów pojawił się film, morderca znowu zniknął.
- Pokaż obraz kamery wychodzącej na parking
Mężczyzna klikął kilka razy i na ekranie pokazał siępożądany obraz. przez długi czas nic i nagle pojawia się facet w czarnym kapeluszu, wsiada do czarnego peugota i odjeżdża.
- Przecież to niemożliwe - powiedział komendant przeczesujac włosy
- On pewnie jest od Cthulhu, syn coś ostatnio czytał - powiedział podporucznik drapiąc się po policzku
- Znaleźć mi wszystko o tym ka..cośtam, gdzie mieszka, gdzie pracuje, czy sika na siedzaco.Wszystko! Przyciśniemy skurwysyna i wszystko wyśpiewa!
- Panie komendancie mogę spróbować powiększyć twarz, to może coś się uda zobaczyć - powiedział techniczny - Ale niczego nie obiecuje, bo to nie FBI
-Da - odrzekł przełożony
Techniczny poczylił się nad klawiaturą i zaczał wklepywać komendy.
- To wszystko co mogę zrobić - powiedział nie podnosząc głowy znad klawiatury.
- Job twoju mać - komendant złapał się za głowę - To,to nie ma twarzy - powiedział przerażony
Dopiero teraz techniczny zerknął na monitor. Zarys twarzy radnego był słaby, ale wystarczająco widoczny, natomiast w miejscu gdzie powinna znajdować sie twarz mordercy ziała pustka, plama w kolorze skóry i nic więcej. W tym momencie do pomieszczenia weszła protokolantka i podała dokumenty komendantowi.
- Zeznania przesłuchanycgh świadków - powiedziała i wyszła
Komendant złapał dokumenty i zaczął je nerwowo przeglądać.
- Kurwa mać! Kur! Wa! Mać! - komendant walnął pięscią w stół - Nikt nie jest w stanie opisać jego twarzy!

***

Luca leżał na łóżku i patrzył w sufit. Całe życie przewijało mu się przed oczami. Gdy miał dziesięć lat, ojciec uświadomił go, czym zajmuje się rodzina, powiedział:
Nasza rodzina tworzy organizację Omerta. jesteśmy assassino - mordercami na usługach Rodzin. Jesteś członkiem rodziny, a więc i członkiem Omerty i, jeśli chcesz, możesz dla niej pracować.
Jedyneco Luca przecisnął,przez zaciśniete ze wzruszenia, gardło to: Si padre. Bene. Szybko zrozumiał jak ważne jest to co robi dla rodziny i szybko poznawał arkana Omerty.
W wieku jedenastu lat, był po raz pierwszy zastawem, pamiętał to dość dobrze. Ojciec kazał mu sieubrać i wpakował go do samochodu mówiąc; Siedź i nie odzywaj się, dopóki po ciebie nie przyjadę. Luca został zawieziony do rezydencji za miastem i spędził tam dwa dni. Od tamtej chwili co jakiś czas jeździł do różnych domów i spędzał tam czasem godzine, czasem tydzień. Mechanizm zastawu był bardzo prosty. Dwie skłocone rodziny w celu pertraktacji musza się porozumieć, w związku z czym jedna wysyła swego przedstawiciela,a druga bierze Luce jako zabezpieczenie. Gdyby członek ich rodziny zginał, oni zabiją Lucę, a Omerta rozpocznię vendettę. W historii organizacji był tylko jeden taki przypadek, a jego skutki wystyarczyły, by rodziny nie popełniały głupstw.
W wieku czternastu lat, Luca został pałkarzem(2). Ojciec wreczał mu list, a Luca zapoznawał się z treścią, szedł w wyznaczone miejsce i czekał na pojawienie się pozostałych trzech chłopców i przełożonego. Pałkarze otrzymywali instrukcje i według nich okaleczali ofiary. Funkcja pałkarza była pracą Luci przez trzy lata. A dokładnie do momentu, gdy ojciec dał mu pierwszą robotę z kopytem. Sprawa ta wryła się chłopcu głęboko w pamięć.

Był ciepły, sierpniowy dzień. Śłońce zalało pokój swą ciepłą żółcią. Luca otworzył oczy i wstał. na blacie biórka dostrzegł kopertę. Szybko podszedł do biórka i chwycił list. Rozerwał papier i wydobył zawartość. Wewnątrz znajdowała się jeszcze jedna koperta i krótka notatka od ojca - Cassetto(3). Chłopiec otworzył kolejną kopertę, przeczytał dwie notatki i zapoznał się ze zdjęciem. Serce zabiło mu szybciej. Otworzył szufladę i dostrzegł broń - berettę z tłumikiem. Luca podszedł do łóżka i osunął się na nie. Nerwowo przełknął ślinę. Dziś miał udowodnić, że w jego żyłach na prawdę płynie sycylijska krew.
Z domu wyszedł nieco wcześniej niż planował. Ciężar pod lewą pachą, nie pozwalał mu przestaćmyśleć o zadaniu. Poszedł na przystanek i wsiadł w dwudziestkę szóstkę. Z kieszeni prochowca wyciągnął bilet i skasował go. Najgorsze co mogłoby go spotkać to otrzymanie mandatu. Luca wysiadł opd domem dziecka i resztę drogi przebył pieszo. Noc była czarna jak kawa, choć sierp księżyca był widoczny. Gdy chłopiec stanął przed hotelem prezydenckim, serce zabiło mu szybciej, a krtań zacisnęła się. Wyciągnął z kieszeni małe, czarne pudełko i zażył tabaki. Od razu zrobiło mu sięlepiej i już po chwili pewnie wkroczył do budynku. Minął recepcję, uśmiechając się do kobiety za ladą. Wszedł na drugie piętro i skierował siepod wskazane drzwi. Otworzył je delikatnie i wślizgnął się do środka. Nie postrzerzenienie wkroczył do sypialni po lewej stronie i zastał tam śpiącego meżczyznę i kobietę. Zawachał się. Nie był pewny czy powinien to zrobić, czy to na pewno jest dobre. Poczuł jak krew szybciej przepływa mu przez żyły, sycylijska krew pradziadka. Siegnął pod płaszcz i wyciągnął broń. Strzelił dokładnie osiem razy i patrzył jak pościel nasiąka krwią. Już miał schować broń, gdy usłyszał ruch. Odwrócił sieautomatycznie gotów do strzału. W progu drugiego pokoju stał chłopczyk.
- Tato, to ty? - zapytał
Luca przełknął ślinę, nie opuszczając broni.
- Tak synku. Idź spać - odrzekł cicho
Malec obrócił się na pięcie i posłusznie wszedł do pokoju. Luca schował broń i wyszedł, zamykając za sobądrzwi. Otarł twarz z potu i udał się do wyjścia. Opuścił budynek i stanał na przejściu dla pieszych. poczół czyjąś dłoń na ramieniu i odwrócił się lekko. Tuż za nim stała recepcjonistka.
- Kim jesteś? - spytała
- Morte signora(4) - odrzekł i przeszedł na drugą stronę.





______________________
1. banderola - 10.00 złotych w nominałach stu złotowych owinietych bankową banderolą
2. pałkarz - osoba, która napada ludzi na zlecenie
3. cassetto - szuflada
4. Morte signora - śmierć pani

1.

Luca otworzył oczy i popatrzył w sufit. Odgłos rozbijających sę o szyby kropli deszczu, wyrywał ostatnie resztki snu. Chłopak wstał, zaścielił łóżko i drapiac się po brzuchu, wkroczył do łazienki. Stanał nad umywalką i przemył kilkukrotnie twarz. Popatrzył do lustra. spoglądała na niego ta sama, herubinowa twarz o dużych, piwnych oczach, małym nosie i zmysłowych ustach. Czarne jak smoła, lekko kręcone włosy, sterczały pod różnymi kątami.
- Cholera, nic nie wyładniałem przez noc - powiedział swym głębokim, chrapliwym głosem.
Zdjął pidżamę i wszedł pod prysznic, gdy skończył się myć, poszedł do pokoju. Ubrał się w czarne spodnie, do których przypiął szelki i białą koszulę, której nie zapiął pod szyją. Stanął pod oknem, i podwijając rękawy, patrzył na ulicę. Ludzie bezskutecznie próbowali uciec przed deszczem lub znaleźć jakieś schronienie, w którym mogliby przeczekać ulewę. Gęste, niemal czarne chmury, zakleiły niebo, połykając w swych czeluściach odległe budynki. Luka odszedł od okna, i wabiony zapachem jajecznicy, zszedł na dół.
W jadalni wrzało od rozmów, wesołych krzyków i śmiechów dzieci. Gdy tylko wkroczył do pokoju, podbiegły do niego młodsze siostry.
- Buon giorno! - krzyknęły swymi piskliwymi głosikami
- Buon giorno, buon giorno. - odpowiedział, głaszcząc je po głowie
Uwielbiał je - siedmioletnią Annę, o trójkątnej twarzy, niebieskich oczach i przepieknych, długich, kręconych blond włosach, i Sofii - sześcioatkę o herubinowej twarzy, piwnych oczach i burzy czarnych włosów. Stojhąc tak obok siebie wyglądały jak aniołek i diabełek.
Przy stole krzatala się matka - wygladała młodo jak na swój wiek.Miała trójkatną twarz, duże, niebieskie oczy okolone przepieknymi rzęsami. Jej długie, falujące blond włosy, spływały na wydatny biust, który w młodości przysporzył Marii wielu adoratorów.
- Dzień dobry mamo - powiedział Luca - Pomóc w czymś?
- Dzień dobry synku! Nie, nie. Wiesz, że ojciec tego nie lubi - rzekła rozkładając talerze - Twoja siostra powinna tu być! - mówiąc to skrzywiła się lekko.
Chłopak rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu Rocha - młodszego brata, którego kochał nad życie. Roch jako jedyny w rodzinie miał proste włosy. Jego trójkątna twarz, małe, piwne oczy i wąskie usta zawsze wyrażały radość - nawet na pogrzebie dziadka.
- Czesć młodszy! - zagadnął Luca
-Czesć - chłopak ożywił się - Słuchaj, ojciec ma do ciebie jakąś sprawę - powiedział podekscytowany - Prosił żebyś się do niego zwrócił, gdy tylko wstaniesz
- Bene. Gdzie on teraz jest?
- Rozmawia przez telefon
- Grazie - odpowiedział Luca i przeszedł do sasiedniego pokoju.
Ojciec - poteżnie zbudowany, z krótkimi, kręconymi, czarnymi włosami, stał tyłem do wejścia i rozmawiał, a raczej słuchał. Słuchawka aparatu była ledwie dostrzegalna w jego potężnej dłoni.
- Bene signore Kochtowicz, bene. - powiedział swym grubym głosem i odłożył słuchawkę.
- Buon giorno padre - powiedział Luca nie ruszając się z miejsca.
Na te słowa ojciec odwrócił na niego swą herubinową twarz i popatrzył dobrotliwie piwnymi oczami.
- Dzień dobry synu. Przyszedł do Ciebie list - powiedział wręczając mu kopertę
W pierwszej chwili, gdy Luca usłyszał ojca mówiącego po polsku zdziwił się, gdyż nigdy tego ne robił w domu, ale szybko zrozumial dlaczego. Wziął list i włożył go do kieszeni.
- Grazie padre.
Z jadalni dało się słyszeć głos matki i Laury, które znowu się sprzeczały.
- Colazione! - zakrzyknęła matka.
Luigi Spuma objął syna i wkroczył z nim do jadalni i zajął miejsce.
- Molto grazie Maria - rzekł do małżonki, puszczając jej oko - Mangiare!
Gdy wszyscy się posilili, Luca odszedł od stołu i skierował swe kroki do pokoju. Usiadł na łóżku i wyciągnął kopertę. Rozciał ją, dobytym z kieszeni nożem motylem, i wysypał zawartośc na pościel. W środku znajdowały się, jak zawsze, dwie kartki i jedna fotografia. Przedstawiała ona szczupłego mężczyznę o pociągłej twarzy, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Na pierwszej z kartek podana była godzina i miejsce, w którym będzie przebywał mężczyzna, a na drugiej numer skrytki pocztowej oraz szyfr. na odwrocie zdjęcia zapisana była osobista prośba nadawcy. Luca spojrzał na zegarek.
- Mam jeszcze pół godziny - powiedział sam do siebie
Wszedł do łazienki i umył zęby, następnie poprawił włosy i wrócił do pokoju. Włączył Bethovena i zebrał zawartość listu z pościeli. Wepchnał wszystko z powrotem do koperty i podszedł do biurka. Z stojącej na biurku, czarnej butelki nalał przezroczystej cieczy do znajdującej sie obok szklanki. Nastepnie wsadził do szklanki, zgietą w pół, kopertę. Z głośnym sykiem, list rozpuscił się, zmieniając kolor cieczy. Luca odwinął rękawy i poprawił koszulę. Siegnął do szafy po marynarkę, którą zakładał schodzac. W hallu zastał ubranego ojca i Rocha.
- Gdzie wychodzicie? - zapytał
- Don Kochtowicz potrzebuje zastawu - odpowiedział Roch
-Padre.. - zaczął Luca, ale ojciec przerwał mu gestem dłoni
- Cappotto
Gdy tylko wyszli, luca złapał za telefon i zadzwonił do zanjomego rodziny. Zamienił z nim dwa zdania i odłożył słuchawkę. Chłopiec wyciągnął z szafki, swe biało-czarne buty i zasznurował je w pośpiechu. Z szafy wyciągnął płaszcz i czarny kapelusz z białą taśmą. Ubrał się i skierował wzok w stronę kuchni.
- A rivederci madre! - rzucił w przestrzeń i wyszedł.
Na zewnątrz nadal padało. Z lewej kieszeni płaszcza wyciągnął rękawiczki. mimo deszczu, ulice przemierzały duże grupy przehodniów, jedni byli usmiechnięci, inii kleli pod nosem, a jeszcze inni z obojętnym wyrazem twarzy patzryli w przestrzeń. Luca szedł równym krokiem, nie spiesząc się. Popatrzył na zegarek - miał jeszcze pół godziny. minął stary most na lwowskiej i postanowił przejść przez halę targową. Przeszedł na drugą stronę ulicy i udał się w obranym kierunku. Gdy dotarł do straganów zaczął się rozglądac za rukolą - przysmakiem ojca. Nie rozglądał się zbyt uważnie i szybko opuścił plac, zmierzając na ulicę Słowackiego.
Miał dwie minuty zapasu, gdy mijał ratusz, spokojnie przeszedł na drugą stronę i wsadził ręce do kieszeni. Po chwili zobaczył mężczyzną, którego szukał. Spokojnie wychodził z budynku IPNu, kierując się w stronę Luci. Chłopak delikatnie przyśpieszył.
W momęcie, gdy dystans między nim zmalał do pięciu metrów, Luca wyciągnął ręce z kieszeni, w prawej dłoni trzymał rewolwer. Twarz meżczyzny wykrzywiła sięw grymasie przerażenia, nim zdążył zareagować, kula przeszyła mu lewe kolano. Luca szedł coraz szybciej, rytmicznie pociągając za spust. Po wystrzeleniu sześciu pocisków, ciało mężczyzny bezwładnie upadło na chodnik. posoka mieszała się z deszczem, a krzyk przerazonych ludzi, napełniał powietrze. Luca w jednej chwili znalazł się na parkingu, wsiadł do czarnego peugota 206, i z piskiem opon, odjechał w kierunku mostu zamkowego.