Luca otworzył oczy i popatrzył w sufit. Odgłos rozbijających sę o szyby kropli deszczu, wyrywał ostatnie resztki snu. Chłopak wstał, zaścielił łóżko i drapiac się po brzuchu, wkroczył do łazienki. Stanał nad umywalką i przemył kilkukrotnie twarz. Popatrzył do lustra. spoglądała na niego ta sama, herubinowa twarz o dużych, piwnych oczach, małym nosie i zmysłowych ustach. Czarne jak smoła, lekko kręcone włosy, sterczały pod różnymi kątami.
- Cholera, nic nie wyładniałem przez noc - powiedział swym głębokim, chrapliwym głosem.
Zdjął pidżamę i wszedł pod prysznic, gdy skończył się myć, poszedł do pokoju. Ubrał się w czarne spodnie, do których przypiął szelki i białą koszulę, której nie zapiął pod szyją. Stanął pod oknem, i podwijając rękawy, patrzył na ulicę. Ludzie bezskutecznie próbowali uciec przed deszczem lub znaleźć jakieś schronienie, w którym mogliby przeczekać ulewę. Gęste, niemal czarne chmury, zakleiły niebo, połykając w swych czeluściach odległe budynki. Luka odszedł od okna, i wabiony zapachem jajecznicy, zszedł na dół.
W jadalni wrzało od rozmów, wesołych krzyków i śmiechów dzieci. Gdy tylko wkroczył do pokoju, podbiegły do niego młodsze siostry.
- Buon giorno! - krzyknęły swymi piskliwymi głosikami
- Buon giorno, buon giorno. - odpowiedział, głaszcząc je po głowie
Uwielbiał je - siedmioletnią Annę, o trójkątnej twarzy, niebieskich oczach i przepieknych, długich, kręconych blond włosach, i Sofii - sześcioatkę o herubinowej twarzy, piwnych oczach i burzy czarnych włosów. Stojhąc tak obok siebie wyglądały jak aniołek i diabełek.
Przy stole krzatala się matka - wygladała młodo jak na swój wiek.Miała trójkatną twarz, duże, niebieskie oczy okolone przepieknymi rzęsami. Jej długie, falujące blond włosy, spływały na wydatny biust, który w młodości przysporzył Marii wielu adoratorów.
- Dzień dobry mamo - powiedział Luca - Pomóc w czymś?
- Dzień dobry synku! Nie, nie. Wiesz, że ojciec tego nie lubi - rzekła rozkładając talerze - Twoja siostra powinna tu być! - mówiąc to skrzywiła się lekko.
Chłopak rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu Rocha - młodszego brata, którego kochał nad życie. Roch jako jedyny w rodzinie miał proste włosy. Jego trójkątna twarz, małe, piwne oczy i wąskie usta zawsze wyrażały radość - nawet na pogrzebie dziadka.
- Czesć młodszy! - zagadnął Luca
-Czesć - chłopak ożywił się - Słuchaj, ojciec ma do ciebie jakąś sprawę - powiedział podekscytowany - Prosił żebyś się do niego zwrócił, gdy tylko wstaniesz
- Bene. Gdzie on teraz jest?
- Rozmawia przez telefon
- Grazie - odpowiedział Luca i przeszedł do sasiedniego pokoju.
Ojciec - poteżnie zbudowany, z krótkimi, kręconymi, czarnymi włosami, stał tyłem do wejścia i rozmawiał, a raczej słuchał. Słuchawka aparatu była ledwie dostrzegalna w jego potężnej dłoni.
- Bene signore Kochtowicz, bene. - powiedział swym grubym głosem i odłożył słuchawkę.
- Buon giorno padre - powiedział Luca nie ruszając się z miejsca.
Na te słowa ojciec odwrócił na niego swą herubinową twarz i popatrzył dobrotliwie piwnymi oczami.
- Dzień dobry synu. Przyszedł do Ciebie list - powiedział wręczając mu kopertę
W pierwszej chwili, gdy Luca usłyszał ojca mówiącego po polsku zdziwił się, gdyż nigdy tego ne robił w domu, ale szybko zrozumial dlaczego. Wziął list i włożył go do kieszeni.
- Grazie padre.
Z jadalni dało się słyszeć głos matki i Laury, które znowu się sprzeczały.
- Colazione! - zakrzyknęła matka.
Luigi Spuma objął syna i wkroczył z nim do jadalni i zajął miejsce.
- Molto grazie Maria - rzekł do małżonki, puszczając jej oko - Mangiare!
Gdy wszyscy się posilili, Luca odszedł od stołu i skierował swe kroki do pokoju. Usiadł na łóżku i wyciągnął kopertę. Rozciał ją, dobytym z kieszeni nożem motylem, i wysypał zawartośc na pościel. W środku znajdowały się, jak zawsze, dwie kartki i jedna fotografia. Przedstawiała ona szczupłego mężczyznę o pociągłej twarzy, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Na pierwszej z kartek podana była godzina i miejsce, w którym będzie przebywał mężczyzna, a na drugiej numer skrytki pocztowej oraz szyfr. na odwrocie zdjęcia zapisana była osobista prośba nadawcy. Luca spojrzał na zegarek.
- Mam jeszcze pół godziny - powiedział sam do siebie
Wszedł do łazienki i umył zęby, następnie poprawił włosy i wrócił do pokoju. Włączył Bethovena i zebrał zawartość listu z pościeli. Wepchnał wszystko z powrotem do koperty i podszedł do biurka. Z stojącej na biurku, czarnej butelki nalał przezroczystej cieczy do znajdującej sie obok szklanki. Nastepnie wsadził do szklanki, zgietą w pół, kopertę. Z głośnym sykiem, list rozpuscił się, zmieniając kolor cieczy. Luca odwinął rękawy i poprawił koszulę. Siegnął do szafy po marynarkę, którą zakładał schodzac. W hallu zastał ubranego ojca i Rocha.
- Gdzie wychodzicie? - zapytał
- Don Kochtowicz potrzebuje zastawu - odpowiedział Roch
-Padre.. - zaczął Luca, ale ojciec przerwał mu gestem dłoni
- Cappotto
Gdy tylko wyszli, luca złapał za telefon i zadzwonił do zanjomego rodziny. Zamienił z nim dwa zdania i odłożył słuchawkę. Chłopiec wyciągnął z szafki, swe biało-czarne buty i zasznurował je w pośpiechu. Z szafy wyciągnął płaszcz i czarny kapelusz z białą taśmą. Ubrał się i skierował wzok w stronę kuchni.
- A rivederci madre! - rzucił w przestrzeń i wyszedł.
Na zewnątrz nadal padało. Z lewej kieszeni płaszcza wyciągnął rękawiczki. mimo deszczu, ulice przemierzały duże grupy przehodniów, jedni byli usmiechnięci, inii kleli pod nosem, a jeszcze inni z obojętnym wyrazem twarzy patzryli w przestrzeń. Luca szedł równym krokiem, nie spiesząc się. Popatrzył na zegarek - miał jeszcze pół godziny. minął stary most na lwowskiej i postanowił przejść przez halę targową. Przeszedł na drugą stronę ulicy i udał się w obranym kierunku. Gdy dotarł do straganów zaczął się rozglądac za rukolą - przysmakiem ojca. Nie rozglądał się zbyt uważnie i szybko opuścił plac, zmierzając na ulicę Słowackiego.
Miał dwie minuty zapasu, gdy mijał ratusz, spokojnie przeszedł na drugą stronę i wsadził ręce do kieszeni. Po chwili zobaczył mężczyzną, którego szukał. Spokojnie wychodził z budynku IPNu, kierując się w stronę Luci. Chłopak delikatnie przyśpieszył.
W momęcie, gdy dystans między nim zmalał do pięciu metrów, Luca wyciągnął ręce z kieszeni, w prawej dłoni trzymał rewolwer. Twarz meżczyzny wykrzywiła sięw grymasie przerażenia, nim zdążył zareagować, kula przeszyła mu lewe kolano. Luca szedł coraz szybciej, rytmicznie pociągając za spust. Po wystrzeleniu sześciu pocisków, ciało mężczyzny bezwładnie upadło na chodnik. posoka mieszała się z deszczem, a krzyk przerazonych ludzi, napełniał powietrze. Luca w jednej chwili znalazł się na parkingu, wsiadł do czarnego peugota 206, i z piskiem opon, odjechał w kierunku mostu zamkowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz