niedziela, 19 września 2010

6.

Luca pobiegł na pas startowy i wsiadł do czekającej awionetki. Po raz pierwszy od trzech lat poczół gniew. jak mógł się oszukiwać i łudzić, że to go ominie. Po pradziadku odziedziczył fantomoa, sam posiadał shahkro, a próbował wmówić sobie, że ten dzień, w którym otzryma czerwony list z nikąd, nie nastapi. Wyciągnął kopertę z kieszeni, otworzył ją i przeczytał treść. trudno, nic nie poradzi, taki jego paskudny los.
Wylądowali po około godzinie. Luca wyszedł z samolotu i odetchnął. Poszedł do swojego czarnego mercedesa SL500 i ruszył do domu. Czerwony list spoczywał spokojnie na siedzeniu pasażera, nie pozwalając zapomnieć o tym co się stało. To nie był jego dzień. Gdy tylko przekroczył próg, usłyszał głos ojca.
- Dobrze ci poszło.
Luca nie odpowiedział, rozebrał się i poszedł do kuchni. W momencie,gdy ojciec odwrócił na niego wzrok, wyciągnął list. Twarz Luigiego poszarzała.
- Dostałem go dzisiaj - poweidział Luca
- Czyli jednak Cię biorą? - w głosie ojca czuć było smutek
- Tak, jadę do Nest.
Ojciec poruszył się, wyciągnął cygaro z kieszeni koszuli i obciął je niezręcznie. Musiał być zdenerwowany.
- Jaki masz przydział i termin? - zapytal ojciec
- Polska, Słowacja, Czechy i Rosja. Mam trzy dni..
Ojciec zaciągnął się o padł ciężko na taboret. Luca nie pamiętał, kiedy ostatnio ojciec tak się zachowywał. Było to co najmniej dziwne.
- Padre, czy jest coś co powinienem wiedzieć?
- Nie - ojciec zawachał się - Znaczy....w sumie... - Lugig miotał się - Odwiedze jutro wójka Fredka i powiem ci wszystko wieczorem - wyciągnąłz kieszeni spodni list - To do Ciebie, chodzi o zapłatę.
- Grazie padre - odrzekł Luca i wysedł zmieszany.
Gdy tylko znalazł się w pokoju, opadł na łóżko. nic dzisiejszego dnia, nie ukladało się tak jak to sobie zaplanował. Najpierw zlecenie na giełdaka, potem list, teraz jeszcze to zachowanie ojca. Coś tu nie grało. W dodatku dostał dzisiaj list z miejscem zapłaty, zawsze wszystko było razem w jednej paczce. Luca otworzył kopertę i przeczytał treść napisaną w starym sycylijskim dialekcie. treść była krótka:
Jutro, 20 VI, przyjedź do warsztatu Rokefelera o godzinie trzynastej.
Luca dobrze znał Rokefelera i zastanawial się, dlaczego współpracuje z Wantroffami, zawsze był neutralny. Poza tym podanie godziny było dziwne - zawsze był tylko numer skrytki i szyfr albo miejsce, ale nigdy godzina.
- Pieprzona rutyna - powiedział sam do siebie - Raz sięcoś zmieni, a ja zaczynam wymyślać jakieś głupoty. Wszystko przez ten pieprzony, czerwony list.
Wstał na kolację, na której nie było ojca. Luca spochmurniał, coś wisiało w powietrzu.
- Co się dzieje? - spytała matka
Wszyscy przerwali posiłek i popatrzyli na Lucę.
- Czerwona koperta - wypluł z siebie i wstał
- Kiedy? - matka była rzeczowa
- Trzy dni - odpowiedział, zatrzymując się w drzwiach
- To świetnie - zaczęła Laura - Nauczysz się czegoścałkiem nowego i będzie ci łatwiej! - siostra była wyraźnie podekscytowana
- Laura - głos Luci momentalnie ostudził siostrę - Nie dziś. - powiedział i poszedł do pokoju.
Luca miał dość tego dnia. Poszedł do biurka i wyciągnąl z szuflady piersiówkę i kieliszek teleskopowy. Nalał do pełna.
- Za nową drogę życia - powiedział i opróżnił kieliszek.
Wstał później niż zwykle. Poszedł do toalety, a następnie pod prysznic. Postanowił, że odwiedzi dzisiaj Rocha i przekaże mu wiadomość o wyjeździe. Ubrał się w ten sam garnitur co wczoraj, pod marynarkę włożył szelki operacyjne z berettą. Schodzac na śniadanie, zatrzymał sieprzy telefonie i wykonał dwa połączenia. Zjadł śniadanie i wrócił do pokoju. usiadł na łóżku i przetarł twarz. Włączył Mozarta i położył się - miał jeszcze dwie godziny do wyjścia.
Wpół do trzynastej wsiadł do mercedesa i pojechał do warsztatu. Pojechał obwodnicą, więc nie miał problemu z korkami i do celu dojechał trochę przed czasem. Z za szyby popatrzył na budynek. Była to wysoka na około siedem metrów, blaszana hala, która musiała być pozostałością po jakimśpegieerze. Blachę pomalowano na niebiesko, ale farba poodpryskiwała miejscami, ukazując rdzawe zacieki. Tuż obok hali znajdował się niewielki budynek. Wyglądał na nowy, choć utrzymywał bryłowaty kształt ery późny Gierek. Ściany odmalowano na żółto, a nad drzwiami, zawieszono czerwony neon: PUNKT PRZYJĘĆ. przed zabudowaniami, świecił pustką parking. Dość dziwne, biorąc opd uwagę, że był to dobrze prosperujący, legalny warsztat. Luca wysiadł spokojnie z samochodu. Wiał dość silny wiatr, który porywał ze sobą kurz i drobne kamyczki. Chłopiec wcisnął kapelusz głębiej na oczy i ruszył do warsztatu. Wnętrze hali nie rozczarowało go. na środku stały trzy, niemieckie, hydrauliczne podnośniki, które błyszczały nowością. W lewym rogu stało urządzenie do wywarzania kół, a czerwone, amerykańskie skrzynki na narzędzia, porostawiane były po całym warsztacie. Od wewnątrz ściany były ocieplone styropianem, do którego dobito dyktę, tę zaś zasłaniały plakaty samochodów i rozkładówki z palyboya. W warsztacie panował syf. W lewym rogu hali, na podwyższeniu, znajdowała się kanciapa pracowników, w której włąśnie sporzywali posiłek.
- Rokefeler! - zawołał Luca
Dzwi pakamery otworzyły się i ze środka wyszedł pulchny facet. Mial gładko przylizane, czarne włosy i okrągłą, pucułowatą twarz. nosił czerwoną, flanelową koszulę, która była niebotycznie umazana różnymi substancjami i zielone spodnie dla budowlańców, które dwno już straciły swój pierwotny kolor.
- Luca, Luca! - wołał, usmiechając się i rozkładając ręce na boki.
Podszedł do jednej z szafek na narzędzia i wyjął z niej skórzaną aktówkę.
- Kope lat - powiedział, podchodząc do Lucci
- Tak Rokefeler - odrzekł Luca z szarmanckim uśmiechem - Dokładnie dwa lata.
- Ty jak zawsze dokładny - odpowiedział, wręczając mu teczkę - Musiałeś wykonać dobrą robotę, skoro Wantroffowie płacą ci w funtach.
Luca dyskretnie popatrzył na zegarek, było sześć po pierwszej.
- Jaka praca taka płaca - odrzekł, pukając w aktówkę - Wybacz, ale muszę już iść.
- Słuchaj Luca, dzwonił twój ojciec, żebyś pojechał do borga, masz tam coś odebrać - powiedział Rokefeler, drapiąc siępo szczęce.
- Stary zawsze coś zapomni - powiedział Luca, uśmiechajac się - Dzwonił przynajmniej z budki?
- Nie, z domu - lekko odparł Rokefeler
Luca przysunął się do niego, położył mu dłoń na karku, poczym ucałował w czoło. odwrócił się na pięcie i udał w kierunku wyjścia.
- Jak? - spytał Rokefeler
- Rozmawiałem z twoim ojcem. trzeba było nauczyć go mówić po polsku, ty neapolitańskie ścierwo.
W drzwiach pojawiła sięciemna sylwetka. Po chwili tuż koło ucha Lucci, przemkneła kula i nim Rokefeler zareagował, trafiła go w głowę. Odgłos pekającej czaszki i upadających zwłok, był dla Lucci jak muzyka. Gdy mijał postać ubraną w czarny prochowiec, zobzczył, że w lewej dłoni trzyma ręczny granatnik. Luca był już za drzwiami, gdy usłyszał wybuchającą kanciapę. Chłopak podrzucił aktówkę i oddał dwa celne strzały w zamek. Pięc banderol wysypało się na ziemię, Luca podniósł je i wsiadł do samochodu. Zmienił magazynek, wetknął trzy zapasowe do kieszeni i ruszył w kierunku pubu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz