niedziela, 19 września 2010

7.

Pub u Borga był niedużą włoską knajpą, mieszącą się w budynku Relaxu. By do niej wejść należało pokonać kilka stopni. Pub cieszył się świetną renomą zarówno wśród mieszkańców, jak i w mafijnym światku. Było to miejsce neutralne, gdzie zawierało się umowy, odbierało różne przesyłki i można było dobrze zjeść.

Luca zaparkował pod pocztą i odkręcił tłumik. Wysiadł z samochodu i skierował swe kroki do Borga. Wszedł jakby nigdy nic, rozpinając guzik marynarki i dokładnie obserwując wnętrze. Tuż przy barze siedział Peter Wantroff. Ubrany w biały garnitur, czarną koszulę i również białą fedorę z czarną taśmą.

-O co chodzi? - spytał naturalnie Luca – Jaką macie dla mnie przesyłkę?

Mężczyzna wybuchnął śmiechem.

-Luca rozbawiasz mnie – powiedział, patrząc na twarz assasyna – Moje prawdziwe imię to Colonel -wstał, a jego twarz zmieniła się całkowicie.

Oczy z brązowych stały się niebieskie, włosy sięgnęły ramion, a gładkie policzki porosły trzydniowym zarostem. Owal twarzy w mgnieniu oka, wyostrzył się.

-Co jest kurwa? - spytał Luca i wyciągnął broń

-Morte sukinsynu

Colonel machnął dłonią i w kierunku Lucci pomknęła czerwona kula. Chłopiec uskoczył, przewrócił kilka stolików i schował się za nimi. Pocisk rozlał się płomieniem na ścianie. Luca wystawił dłoń ponad stolik i, patrząc przez szparę między blatami, zaczął strzelać. Już po chwili tuż przed jego twarzą, przeleciał biały promień, który bez trudu przebił się przez przewrócone stoły.

-Co jest Luca?! - krzyknął Colonel – Ponoć jesteś assasynem! - mężczyzna śmiał się.

Luca zmienił magazynek i znalazł się po drugiej stronie pomieszczenia.

-Nic mi nie zrobisz tą pukaweczką – powiedział Colonel, wyciągając przed siebie prawą dłoń.

W jednej chwili wyrosła przed nim niebieska ściana. Luca jednym ruchem zmienił tryb ognia.

-Spróbuj tego suko – powiedział i pociągnął za spust.

Colonel patrzył drwiąco jak w jego kierunku pędzi piętnaście kul kalibru 45. Uśmiech spełzł mu z twarzy, gdy przebiły się przez tarczę i utknęły w jego ciele. Odgłos rozbryzgującej się krwi łączył się z rytmicznie upadającymi łuskami. Wantroff osunął się na ziemię, lądując w kałuży własnej krwi. Luca podbiegł do niego i chwycił go za klapy marynarki.

-Kim jesteś?! - krzyczał unosząc go nad ziemię

-Pierdol się – odpowiedział Colonel, plując krwią.

Przyłożył dłoń do klatki i jego ciało zapłonęło. Luca odskoczył w ostatniej chwili. Po kilku sekundach jedyne co pozostało po Peterze-Colonelu to kupka popiołu i pierścień. Chłopak wsadził go do kieszeni i opuścił pub. Z piskiem opon ruszył do domu.

Drzwi były uchylone, więc Luca ostrożnie do środka. Ściany pokryte były licznymi dziurami i przecięciami. Tynk poodpadał ze ścian, a goły mur popękał. Schody tliły się jeszcze napełniając powietrze płonącymi drobinkami. W przedpokoju leżała matka. Jej wnętrzności były rozmazane na szczątkach dywanu. Oczy Lucci napełniły się łzami. Otarł je rękawem i zajrzał do gabinetu ojca, jednak nie znalazł tam niczego i nikogo. Gdy wszedł do jadalni, po policzku spłynęła mu łza. Na przewróconych krzesłach, tkwiły, przywiązane do nich, jego trzy siostry. Ktoś spętał je tak mocno, że do dłoni i stóp, nie dopływała krew. Ciała leżały obok siebie, a w każdym znajdowało się kilka dziur. Wypływająca z nich krew, zaczynała krzepnąć. Na progu kuchni leżał ojciec. W jednej dłoni trzymał rewolwer, a w drugiej wieczne pióro. Luca uklęknął przy nim. Twarz Luigiego przeszywała, głęboka, podłużna rana, odkrywająca część szczęki.

-Synu... - Luigi charknął krwią.

Ojcze, ojcze, co tu się stało – Luca delikatnie podniósł go.

-Wantroffowie to podpucha – Luigi pluł krwią – Musisz uważać,umrzyj.

Luca płakał, a jego łzy mieszały się z krwią spływającą po policzku ojca.

-Luca zabij skurwysynów, rozpocznij vendettę. Weź to – ojciec podał mu zaplamioną kopertę – Umrzyj, Omerty już nie ma,umrzyj,umrzyj.... - Luigi charknął kilka razy i zmarł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz